sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział trzeci

Nina:
Rozmowa z  rodzicami nie należała do najłatwiejszych, ale nawet nie śmiałam marzyć, że taka będzie. Ale udało się! Zgodzili się i mogę jechać, jednak dopiero na wakacjach. Sus jedzie już teraz, ale nie zamierzam narzekać. Jak na moich rodziców to naprawdę sukces coś takiego wskórać. Zadzwoniłam do przyjaciółki, wszystko jej opowiedziałam i postanowiłam pomóc jej się pakować, w końcu ona jest tak nieogarnięta, że zeszłoby jej to z 2 tygodnie. A wyjeżdża pojutrze. Tak, zdecydowanie byłam tam potrzebna.
Siedziałyśmy u niej na podłodze przeglądając walające się po całym pokoju ciuchy i zastanawiałyśmy się, które powinna wziąć. Puściłyśmy głośno muzykę, akurat leciał Linkin Park. Mogłyśmy sobie spokojnie na to pozwolić, bo nikogo nie było w domu. I chwała Bogu. Jakby ktoś zobaczył ten bałagan, to mógłby spokojnie paść na zawał. Serio. Huragan to mało. Co chwila brałyśmy jedną bluzkę, odkładałyśmy znowu, za 2 minuty zmieniałyśmy zdanie. W takim tempie to my się do wyjazdu nie wyrobimy. Matko, jaka ona jest niezdecydowana!

Susana:
W końcu doszłyśmy do wniosku, że nie ma sensu pół godziny zastanawiać się co jest lepsze, bo i tak nic mądrego nie wymyślimy, a zrobimy tylko więcej zamieszania. I tak z jednej walizki zrobiły się dwie. Ale przynajmniej niczego mi nie zabraknie. Taką przynajmniej mam nadzieję. Długo jeszcze rozmawiałyśmy, aż w końcu zauważyłyśmy, że zrobiło się ciemno i zorientowałyśmy się, że jest już dziesiąta, więc  Nina postanowiła zostać u mnie na noc. Robiła to tak często, że nawet miała u mnie własną szczoteczkę. Byłyśmy jak siostry. Nie wiem jak ja ją zostawię, ale przecież już na wakacjach do mnie dołączy, więc nie czeka nas długa rozłąka. Na szczęście.

2 dni później
Do Barcelony miała odwieźć mnie mama, bo też chciała zobaczyć się z ciocią. Udało jej się dostać 2 dni wolnego. Nie dużo, ledwo przyjedzie będzie wracać, no ale lepsze to niż nic. Biegałyśmy po całym domu zabierając ze sobą coraz to więcej rzeczy. W końcu stwierdziłyśmy, że wszystko mamy. Droga trwała około dwóch godzin. Aż dziwne, że nigdy tam nie byłam, a przecież tak bardzo chciałam. No nic, czasami tak bywa.
Podróż minęła nam bardzo szybko i już wjeżdżałyśmy do miasta Gaudiego. Zdecydowanie robiło wrażenie. Byłam tak pełna emocji, że ledwo mogłam usiedzieć w aucie. Ciocia Maite mieszkała na 5 piętrze budynku w dzielnicy Barceloneta. Wjechałyśmy windą, zadzwoniłyśmy do drzwi i już po chwili byłyśmy w jej ramionach. Wyściskałyśmy się za wszystkie czasy i w końcu weszłyśmy do środka. Ciotka była lekarką, więc dużo zarabiała i jej mieszkanie naprawdę robiło wrażenie. Było ogromne, utrzymane w jasnej kolorystyce, urządzone trochę klasycznie, trochę nowocześnie, ale z wyczuciem. Z jednej strony z okien było widać barcelońską plażę. Tylko jedno słowo cisnęło mi się na usta: -Wow.
-Cieszę się, że ci się podoba. Napijecie się czegoś? Przyniosę herbatę. Czy wolicie sok? No, nie stójcie tak, siądźcie sobie w salonie, a ja już do was przyjdę. Musicie mi wszystko poopowiadać.
Tak więc chwilę rozmawiałyśmy, ale gdy ciocia dowiedziała się, że mama już jutro wyjeżdża, postanowiła od razu zabrać nas na zwiedzanie miasta. Całkowicie się z nią zgadzałam, nie było na co czekać.
Siedziałyśmy w restauracji pod gołym niebem przy la Rambla serwującej typowo hiszpańskie przysmaki. Zamówiłam sobie paellę i trochę soku z pomarańczy. Byłam wykończona po tym całym zwiedzaniu, czułam jakby nogi miały mi zaraz odpaść. Barcelona była przepiękna. Zobaczyłyśmy Sagradę Familię, potem na piechotę przeszłyśmy do Parku Güell, gdzie spędziłyśmy bardzo dużo czasu chodząc po różnych mniej i bardziej znanych alejkach. Naprawdę cudowne miejsce.  Potem podjechałyśmy jeszcze na plac kataloński i do portu. Teraz mamy w planach obejść właśnie la Rambla, a na koniec , jako że dzisiaj czwartek, obejrzeć pokaz fontann na placu hiszpańskim.  Podobno niesamowite przeżycie.

Mama właśnie wyjechała, dzisiejszy dzień również spędziłyśmy na zwiedzaniu. Ciocia chciała mnie jeszcze gdzieś wyciągnąć, ale nie miałam już na nic siły, po prostu poszłam do mojej tymczasowej sypialni i rzuciłam się na łóżko.                                                                              
Obudziłam się rano i postanowiłam podjechać do Bellcaire de l'Empordà rodzinnej miejscowości Tito, w której został pochowany i odwiedzić go na cmentarzu. Wsiadłam w autobus i po półtorej godziny byłam już na miejscu. Stanęłam przy jego grobie i znowu się rozpłakałam po czym jak jakaś wariatka zaczęłam mówić do zmarłego.
-Wiesz to dość dziwna dla mnie sytuacja, pewnie zdajesz sobie z tego sprawę. Czuję się głupio stojąc tu i rozmawiając z Tobą. A w zasadzie prowadząc swój monolog. Przecież nawet nie wiem, czy mnie słyszysz. Może ta cała sytuacja nie była prawdziwa, może wcale do mnie nie pisałeś, a może to było jednorazowe i powinnam dać Ci już spokój, tego nie wiem. Chciałam Ci po prostu podziękować za wszystko co robiłeś, za to jak kierowałeś drużyną i to, jakim wspaniałym byłeś człowiekiem. Nigdy nie miałam okazji, by poznać Cię osobiście, ale zmieniłeś wiele w moim życiu. Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wielu ludzi brało z Ciebie przykład, w tym i ja. Pokazałeś mi jak wiele można zwojować pokorą i będąc po prostu cichym, spokojnym człowiekiem. Bardzo to w Tobie doceniałam, ten spokój. To samo mogę zaobserwować u swojej mamy. Mi tego brakuje, jestem impulsywna i wszystko chciałabym mieć od razu, a tak się nie da. Teraz to wiem, ale i tak ciągle jestem taka sama i pewnie już tego nie zmienię. Dziękuję Ci za całe Twoje życie. Wciąż nie jestem pewna, czy to Twoja wola, żebym się tu znalazła. Wiesz z reguły nie wierzę w rzeczy, których nie da się racjonalnie wyjaśnić, wybacz. A w końcu dlaczego i,przede wszystkim, jak ktoś taki jak ja miałby naprawiać wielką FC Barcelonę. Jestem przecież zwykła 16-letnią gówniarą, która nic jeszcze nie wie o życiu, a o piłce też nie wiele, ale jeśli tego chcesz, to postaram się na coś przydać. Nie mogę obiecać, że pomogę, ale obiecuję, że zrobie wszystko co w mojej mocy, cokolwiek by to nie było. W każdym razie cieszę się, że tu jestem, stoję nad Twoim grobem, mogę Ci podziękować i nawet z tego, że poryczałam się jak bóbr. Żegnaj i do zobaczenia, bo z pewnością jeszcze tu wrócę.
Odwróciłąm się i ledwo widząc cokolwiek przez łzy ruszyłam do wyjścia.

Carlota:
Poszłam na cmentarz odwiedzić mojego ojca. Tak, mojego ojca, który nie żyje. Zmarł niedawno z powodu nawrotu choroby nowotworowej. Pieprzony rak! Dalej nie mogę się z tym pogodzić. Bo jak?  Jak można pogodzić się ze śmiercią własnego ojca? I to w tak młodym wieku, miał jeszcze pół życia przed sobą. Mógł jeszcze tyle zrobić… Albo nie robić nic, nieważne, ważne żeby był. Dlaczego on? Dlaczego tak wspaniały człowiek musiał umrzeć? Teraz wszystko się skończyło. Nie wróci na ławkę trenerską, nie poprowadzi mnie do ołtarza, nie zobaczy debiutu Adri w pierwszej drużynie, nie pozna moich dzieci… Łzy znowu napłynęły mi do oczu. Od jego śmierci nie było dnia, w którym bym nie płakała. W końcu doszłam do miejsca Jego spoczynku, ale tam zobaczyłam jakąś zapłakaną dziewczynę, która stałą i coś mówiła, jakby do siebie. Dopiero po chwili, gdy do moich uszu doszły pojedyncze słowa jej monologu zrozumiałam, że „rozmawia” z moim tatą. Musiała go dobrze znać, ale ja widziałam ją pierwszy raz. Jakoś nie rzuciła mi się w oczy też na pogrzebie, ale wtedy było mnóstwo ludzi, a ja w zasadzie na nic nie zwracałam uwagi. Ale teraz mnie dość zaintrygowała, miała coś co przywoływało mi na myśl mojego tatę, ale gdy się jej dokładnie przyjrzałam stwierdziłam, że wcale nie była do Niego jakoś bardzo podobna. No, może trochę. Była szczupła, niska, miała rudawobrązowe włosy i zielone oczy. W mojej głowie zaświtała pewna myśl, bo przecież tuż przed śmiercią tata chciał nam coś jeszcze powiedzieć, lecz nie zdążył… Ale nie, to niedorzeczne, z pewnością to nie może być prawda. Przez ostatnie wydarzenia miałam jakieś takie dziwne pomysły, ale co poradzić bardzo to przeżyłam. Chciałam w sumie do niej podejść, coś powiedzieć, może się zapytać skąd znała mojego ojca, ale trochę obawiałam się jej reakcji i tego, co mogę usłyszeć. Zanim zebrałam się na odwagę dziewczyna odwróciła się i poszła w przeciwnym kierunku. Chyba nawet mnie nie zauważyła. Westchnęłam i poszłam przywitać się z tatą.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej J
Pisałam ten rozdział kilka razy i tak w zasadzie to bardziej go wymęczyłam niż napisałam. Cały czas coś mi w nim nie pasuje, ale już nic nie potrafię z tym zrobić. Względy techniczne tez tu nie pomogły, bo najpierw połowa mi się usunęła, potem coś mi się stało z bloggerem… Mam jednak nadzieję, że nie ma tragedii… Komentarzy też jest mało, ale jakieś są, więc ktoś to jednak czyta J Bardzo ładnie proszę, jak już jesteście to zostawcie coś po sobie, bo to bardzo pomaga, naprawdę. J Mundial trwa, Leo czaruje, Argentyna gra ze Szwajcarią, więc jestem raczej spokojna J Mamy wakacje, trochę smutno, bo żegnałam się z klasą, ale teraz będę mieć dużo czasu, również na pisanie J
PS. Wiem, że w pewnym momencie podkreśla na biało, próbowałam, ale naprawdę nie umiem tego zmienić …

Pozdrawiam :*

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział drugi

Susana:
Dzisiaj lekcje dłużyły mi się niemiłosiernie, ale nareszcie dobiegły końca. Szłam właśnie z Niną do jej domu. Rozmawiałyśmy o naszych codziennych sprawach i dużo się śmiałyśmy, tyle że ja z tyłu głowy cały czas miałam moją historię, którą chciałam jej w końcu dzisiaj opowiedzieć. Ale z tym postanowiłam poczekać aż będziemy same. Moja przyjaciółka mieszkała dość blisko szkoły, więc po kilkunastu minutach byłyśmy już  na miejscu. Rozsiadłyśmy się w ogrodzie i zebrałam się w sobie.
-Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć…- zaczęłam, a potem streściłam jej wydarzenia z tej dość pamiętnej nocy.

Nina:

Słuchałam opowieści Sus z zapartym tchem. Od dawna fascynowały mnie zjawiska paranormalne i nawet sama kilka razy miałam z takowymi do czynienia, ale to co jej się przydarzyło było naprawdę niesamowite. To była dopiero historia! Czy zastanawiałam się, czy to prawda? Może trochę, na początku myślałam, że sobie ze mnie żartuje, bo zawsze się ze mnie wyśmiewała, że wierzę w takie rzeczy, a było to możliwe, gdyż była całkiem niezła aktorką. Jednak znałam ją już bardzo długo i bardzo dobrze, żeby zauważyć jej przejęcie, które z pewnością nie było udawane. W zasadzie mogłam się z nią podroczyć i poudawać, że jej nie wierzę, tak jak ona nie wierzyła mi, gdy opowiadałam jej np. że widziałam jakąś białą postać na strychu, czy słyszałam w nocy kroki, kiedy wszyscy spali. Wiedziałam jednak ile ją, zawsze racjonalnie myślącą i wszystko dokładnie analizującą pod każdym możliwym względem kosztowało przyznanie się do przekonania, że rozmawiała z duchem, szczególnie, że zawsze mówiła, że to straszna głupota. Oj, bardzo nie lubiła przyznawać się do winy. Najzwyczajniej w świecie nie miałam serca się z nią droczyć.
-Więc… co zamierzasz z tym zrobić?- Zapytałam po prostu.
-Wierzysz mi?- Przytaknęłam. –Tak właśnie miałam nadzieję, że kto jak kto, ale ty możesz mi uwierzyć. A ja się zawsze z ciebie śmiałam, przepraszam.
-Hej, nic się nie stało. Nie robiłaś tego, żeby mnie zranić, po prostu byłaś przekonana, że masz rację, jak to zresztą zwykle z tobą bywa.-Uśmiechnęłam się szeroko i po chwili poczułam jak lekko uderza mnie w ramię.
-Ej! To ja ci się tu zwierzam,  przepraszam, a ty się ze mnie śmiejesz? No wiesz co?
-Taki mały rewanż.-Mrugnęłam do niej.
-No hahaha. Zabawne.
-Bardzo. A tak na serio, zamierzasz tam jechać?
-Dużo o tym myślałam i stwierdziłam, że bardzo bym chciała. Nawet jeśli ta cała akcja z Tito Vilanovą nie jest prawdziwa, to przynajmniej zobaczę Barcelonę i odwiedzę ciocię Maite.
-No tak masz rację, kiedy chcesz wyjechać?
-Nie rozmawiałam jeszcze na ten temat z mamą, nie wiem czy w ogóle mnie tam puści. Ale im szybciej tym lepiej. I chciałabym tam zostać już na całe wakacje.- Świetnie, miałyśmy je spędzić razem. Zrobiło mi się smutno, że tak o tym zapomniała. Okej, wierzyłam jej i zdawałam sobie sprawę, że to dość skomplikowana sytuacja, ale czy tak zachowuje się przyjaciółka?- I tak sobie pomyślałam…- kontynuowała- może wybrałabyś się ze mną?
No dobra, przyznaję, trochę za szybko zaczęłam się rzucać. Dobrze, że tylko w myślach. Jej propozycja była świetna, ja też zawsze chciałam zobaczyć Barcelonę. Co prawda, nie z tych powodów co Sus, gdyż nigdy nie interesowała mnie piłka nożna. Nie jej jakoś bardzo nie lubię, ale też mnie nie zachwyca. No ale, come on, Barcelona to Barcelona, nie trzeba być kibicem piłkarskim, żeby mieć z milion powodów by tam pojechać. No więc tak, byłoby wspaniale, ale już widzę jak moi „kochani” rodzice mnie puszczają. Tsa… na pewno. Moja przyjaciółka tego nie rozumiała, bo jej mama jej praktycznie na wszystko pozwalała, a u mnie? Same zakazy i nakazy. Nienawidziłam tej strasznej kontroli. Do jasnej cholery, mam już 16 lat, nie 6! Uspokoiłam się i odpowiedziałam koleżance.
- Wiesz, bardzo bym chciała, ale przecież sama wiesz jak jest, rodzice mnie nie puszczą…
-Dobra, nie mów tu o rodzicach, ja też jeszcze nie wiem, czy pojadę.
-Ale u ciebie jest inaczej.
-Nie przesadzaj, jeszcze mamy czas, żeby to wszystko załatwić.

Susana:
Nadszedł czas na rozmowę z moją mamą. Nie miałam co prawda pewności, czy pozwoli mi jechać, bo przecież jeszcze nie skończył się rok szkolny, ale miałam nadzieję, że jednak nie będzie robić większych problemów. Moja mama nazywała się Ana Martinez Lopez, mieszkałyśmy razem w Saragossie, same, bo ojca nigdy nie miałam, a mama nie wiedziała nawet kto nim był. Nie miałam jej tego jednak za złe, bo w końcu to nie jej wina. Była młoda, pijana i nawet gdyby bardzo chciała nie miała jak go znaleźć, bo w ogóle go nie pamiętała, więc ja też nie próbowałam. Wszystko zdarzyło po tym jak w wypadku zginęli jej rodzice a moi dziadkowie. Przeżywała wtedy załamanie nerwowe, codziennie chodziła do klubów, piła, imprezowała żeby zapomnieć. I tak pewnego dnia zauważyła, że spóźnia jej się okres i okazało się, że mam przyjść na świat. Ale nie było ważne, czy byłam planowana, bo wiem, że byłam chciana. Chociaż miała wtedy dopiero 19 lat, całe życie i karierę przed sobą, w którym dziecko mogło jej przeszkadzać,  to jak mówiła, nawet nie pomyślała, żeby mnie oddać. Jest właśnie taką troskliwą, dobrą osobą. Bardzo ją kocham. Mamy naprawdę świetne relacje, nie jeden może mi pozazdrościć tak wspaniałej mamy. Traktujemy siebie trochę tak po przyjacielsku, zawsze mogę się jej zwierzyć i wiem, że mnie nie potępi, tylko będzie starała się pomóc. A ona może zwierzyć się mi. Mimo takiej swobody nie jestem jakąś rozpieszczoną jedynaczką. Zostałam wspaniale wychowana, może nie przez ciągłe zakazy i surową dyscyplinę, ale dzięki wspaniałemu przykładowi jaki daje mi moja mama. To chyba zdecydowanie lepsze. Staram się być jak ona i wiem, że dzięki temu jestem dobrą osobą. Chociaż z charakteru bardziej przypominam moją ciocię Maite, młodszą o rok siostrę mamy, która w przeciwieństwie do niej jest bardzo żywiołowa, trochę pyskata i czasami roztrzepana. Zanim wyjechała do Barcelony byłyśmy ze sobą bardzo zgrane, wszystkie trzy. W zasadzie dalej jesteśmy, tyle że rzadko się widujemy, dlatego też byłoby świetnie gdybym mogła do niej pojechać, bo naprawdę bardzo się stęskniłam.
Porozmawiałam z mamą o swoich planach i, tak jak się spodziewałam, nie robiła większych problemów. Jako, że miałam dobre oceny i nie musiałam już nic poprawiać pozwoliła mi jechać nawet w tym tygodniu. Nawet nie spodziewałam się aż tak dobrej reakcji. Dzięki mamo! Normalnie cię uwielbiam! Zadzwoniłam do cioci, by poinformować ją, że przyjeżdżam. Ucieszyła się, bo dawno się nie widziałyśmy i stwierdziła, że „już leci mi wszystko szykować”. Trochę się boję. Ale nie mogę się doczekać. JADĘ DO BARCELONY!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------Hej J
Wiem, że w tym rozdziale się nic nie dzieje, więc pewnie jest trochę nudny, ale chciałam jakoś przybliżyć sytuację bohaterki J Dziękuje za komentarze i mam prośbę, żeby każdy kto to czyta coś po sobie zostawił. Rozumiem, że może się nie chcieć, ale jakieś jedno, dwa słowa chyba nie będą wielkim problemem J Jak się nie podoba, to też się nie krępujcie, ja się nie obrażam, a przynajmniej wiem co zmienić J
Dalej nie mogę się pogodzić, że Hiszpania odpadła z mundialu, ale cóż mogę zrobić, żyje się dalej. Teraz trzymam kciuki za Argentynę, która też, delikatnie mówiąc, nie powala, ale jeszcze mogą się poprawić, nie? Mam nadzieję J

Pozdrawiam :*

wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział pierwszy

Susana:
Cóż, przynajmniej duch, który mnie nawiedził ma dobry gust piłkarski. Zawsze coś. Niby marne uspokojenie, ale jako że byłam wierną Cule trochę mnie to zaintrygowało. Wiele słyszałam o różnych opętaniach, ale coś mnie ciągnęło, żeby nawiązać kontakt, który zresztą i tak został już nawiązany i to bynajmniej nie przeze mnie. Miałam jakieś takie naiwne przekonanie, że barcelonista nie mógłby mnie skrzywdzić. Jakoś intuicyjnie postanowiłam odpisać na tej kartce i zapytałam niepokojącą mnie osobę kim jest. Czekałam chwilę, ale nic się nie działo, dopiero gdy zrezygnowana wstałam obracając się tyłem do biurka usłyszałam skrobanie piszącego długopisu. Dopiero gdy dźwięk ustał z mocno bijącym sercem odwróciłam się z powrotem w stronę biurka. To co wtedy zobaczyłam sprawiło, że dosłownie kapcie spadły mi z nóg. Wydawałoby się, że po wcześniejszych wydarzeniach już nic nie powinno mnie zaskoczyć. Ale jednak. To było coś, czego z pewnością się nie spodziewałam. I nie miałam prawa się spodziewać. Na kartce widniał podpis „Tito Vilanova”.
Oczy momentalnie zaszły mi łzami na samą myśl o nim, a kilka z nich spadło na kartkę, na której wcześniej pisaliśmy. To był wielki trener FC Barcelony, wspaniały zastępca Pepa Guardioli i pierwszy trener w sezonie 2012/2013, niesamowity, wielki człowiek, który przegrał walkę z nowotworem ślinianki. W głowie mi się nie mieściło, że ktoś taki do mnie pisał i to jeszcze po swojej śmierci. Spytałam dlaczego do mnie przyszedł. Jeśli coś jeszcze mogło mnie dzisiaj zdziwić, to była to właśnie Jego odpowiedź, w której oznajmił, że chciałby żebym pomogła Jego byłej drużynie wrócić na piłkarski szczyt. Ale, że jak to?! Ja?! Przecież jestem tylko szesnastoletnią dziewczyną, która owszem interesuje się piłką nożną, ale na pewno nie jestem w tej dziedzinie ekspertem. Fakt, Barca ostatnio miała słaby sezon, ale żeby prosić o pomoc mnie? Jest przecież wielu utalentowanych trenerów znających się na prowadzeniu drużyn, ustalaniu taktyk, a ja nie miałam o tym wszystkim pojęcia. Postanowiłam się upewnić, czy to nie pomyłka i na pewno chodzi o mnie, ale uzyskałam  potwierdzenie. Zapytałam więc co mam zrobić i w jaki sposób pomóc. Na to pytanie nie otrzymałam już odpowiedzi.
Minęło już kilka dni od mojej „przygody”, która dalej nie dawała mi spokoju. Nie wiedziałam jak powinnam postąpić i co z tym wszystkim zrobić. To wszystko dalej wydawało mi się tak bardzo nieprawdopodobne. Ciągle nie mogłam uwierzyć w to, co mi się przytrafiło i nie byłam do końca przekonana, że rozmawiałam akurat z Tito. Przecież duchy też mogą kłamać, prawda? I ktoś z jakiś powodów mógł się pod niego podszywać i to niekoniecznie w dobrej wierze… Jednak im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej ciągnęło mnie żeby mu zaufać. Choć dalej nie miałam pojęcia w jaki sposób miałabym pomóc, czy nawet jak się do nich dostać. Ale, jak to mówią raz kozie śmierć. Postanowiłam spróbować. W końcu nic nie tracę. Mogłabym zobaczyć Barcelonę, bo naprawdę zawsze chciałam tam pojechać, a jakoś nie było okazji, mimo że mam tam ciocię, którą mogłabym odwiedzić. Postanowiłam jeszcze porozmawiać o tym wszystkim z moją najlepszą przyjaciółką Niną, która mam nadzieję mi uwierzy, zrozumie i coś doradzi, a potem z mamą odnośnie wyjazdu. Wszystko powinno się jakoś ułożyć.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Udało mi się w końcu napisać pierwszy rozdział. Nie jest on ani długi, ani jakiś wybitny, ale jest J Myślałam, że szybciej mi to zejdzie, ale jeszcze poprawianie ocen, a siedzenie do późna w nocy „bo mundial” też wcale nie pomaga. Dziękuje za wszystkie komentarze pod prologiem, aż mi się cieplej na sercu zrobiło jak je czytałam, bardzo się cieszę, że pomysł przypadł do gustu. Bardzo ładnie proszę o więcej J Miałam coś jeszcze pisać, ale lecę, bo już się zaczął mecz Brazylii z Meksykiem :D

Pozdrawiam :*

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Prolog

Susana:
Siedziałam przy biurku ucząc się fizyki, było już grubo po północy. Czytałam swoje notatki, gdy nagle usłyszałam dźwięk sunącego po blacie długopisu. Szybko podniosłam wzrok i zobaczyłam, jak się przesuwa w moim kierunku i zatrzymuje jakieś 10 cm od poprzedniego położenia. Dosłownie mnie zamurowało. To było niemożliwe! Przecież ręce trzymałam na kolanach! Po za tym, dokładnie widziałam, jak długopis sam się przesuwa. Co prawda byłam już bardzo zmęczona, ale chyba kurde wiem, co widziałam. To było niesamowite, ale tez przerażające! Byłam okropnie wystraszona, zawsze przerażały mnie takie nadnaturalne zjawiska. Może lubiłam o tym słuchać, fascynowało mnie to, ale to co innego, kiedy coś takiego przytrafia się tobie! Normalnie masakra! nogi miałam jak z waty, ale szybko wyszłam z pokoju i poszłam się umyć. Miałam zdecydowanie dość nauki na dzisiaj, a ciepła kąpiel powinna pomóc mi się choć trochę odprężyć.

Gdy wyszłam z łazienki i wróciłam do siebie postanowiłam zaświecić lampkę na biurku i spać przy zaświeconym świetle. Może to trochę dziecinne, ale na serio sikałam ze strachu. podeszłam do biurka, nacisnęłam włącznik i oniemiałam. Na pustej wcześniej kartce widniał dość sporych rozmiarów napis "Visca el Barca".

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cześć :)
Tak jak postanowiłam, tak zaczęłam prowadzić bloga :)
Tu jest taki krótki prolog, ale taki właśnie miał być, postaram się, żeby rozdziały były już dłuższe.
Tak jak możecie zauważyć, jest to coś trochę innego. Przynajmniej ja nigdy nie spotkałam się z tym, żeby ktoś do fanfictiona wplatał duchy, ale też nie szukałam. Nie wiem, może się to wydać trochę kiczowate i sama też się tak zastanawiałam, ale ponieważ osobiście uważam, że duchy to nie jest jakaś bajka dla małych dzieci, tylko istnieją one na prawdę, stwierdziłam, że w zasadzie nie. Np. ta historia z długopisem (oczywiście bez żadnych napisów, bez przesady) przytrafiła się mi, a słyszałam jeszcze ciekawsze historie. To jednak czegoś dowodzi, prawda? No i tak puściłam wodze fantazji i na tej podstawie zaczęłam wymyślać historię. Tak już mam, że moje pomysły rodzą się z jakiś takich błahych rzeczy.

Tak więc chciałabym serdecznie wszystkich zaprosić do czytania mojego bloga, może komuś się spodoba. I jeszcze bardzo Was proszę o komentarze. Takie opinie naprawdę bardzo motywują i też pokazują mi co się podoba, a co nie i wiem co powinnam poprawić. Jest to mój pierwszy blog, więc prosiłaby tez o wyrozumiałość.
Ale się rozpisałam :D
Pozdrawiam :*

Bohaterowie


Hej :)
Chciałam dodać bohaterów nie jako post tylko w takiej zakładce, ale nie obczaiłam, jak to zrobić, więc daje tutaj. W trakcie pisania pewnie jeszcze kogoś wymyślę, ale na razie dałam takich podstawowych, którzy przyszli mi do głowy :)
Pozdrawiam :*


o
                                                              Susana Martinez Lopez, 16 lat
                                                             Adria Vilanova Chaure, 17 lat
                                                             Marc Bartra Aregall, 23 lata
                                                         Carlota Vilanova Chaure, 20 lat
                                                          Nina Fernandes Cano, 16 lat

sobota, 7 czerwca 2014

Hej :)
Postanowiłam założyć bloga, nie wiem dokładnie dlaczego, ale tak jakoś od śmierci Tito Vilanovy chodzi mi taki pomysł po głowie. Początkowo nie byłam przekonana, czy w ogóle warto coś takiego zaczynać i w sumie dalej do końca nie jestem, ale w zasadzie czemu nie spróbować? Może chodzi trochę o to, aby w ten sposób oddać Tito cześć za wszystko co zrobił. Nie jestem tylko przekonana, czy on sam byłby zadowolony, żeby taki umysł ścisły jak ja oddawał mu hołd opowiadaniem, bo równie dobrze może z tego wyjść zwykła katastrofa. :)  Wiem, że od jego śmierci trochę już minęło, ale miałam szkołę, wycieczkę, a potem jeszcze więcej szkoły i tak jakoś wyszło, że dopiero teraz mam troszkę więcej czasu. A taki temat chyba jednak nigdy nie traci na aktualności, nie jest tak, że pamięta się o kimś przez miesiąc, a potem zapomina, pamięta się cały czas. Owszem, teraz emocje już są inne, podchodzę do tego z większym spokojem, ale to chyba nawet lepiej przynajmniej nie będę pisać bzdur, a w każdym razie trochę mniejsze. :) Nie będzie to historia typowo o Tito tylko z nim w tle. Taki jest plan. Na razie mam pomysł na sam początek, a co z tego wyjdzie później, zobaczymy :) W najbliższym czasie chciałabym dodać prolog, także zapraszam. Od razu na wstępie chciałabym prosić o wyrozumiałość, bo jest to mój pierwszy blog, a wszystko, co do tej pory pisałam, to wypracowania na polskim. Mam jednak nadzieję, że nie będzie tragedii i cały ten pomysł nie okaże się klapą :)
Pozdrawiam :)