wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział siódmy

Susana:                    
Dzisiaj dzień meczu, jestem taka podekscytowana! Moje marzenia nareszcie się spełnią! Oczywiście, oprócz tych, które w ostatnich dniach już się spełniły. Od zawsze chciałam iść na mecz Barcy, ale nigdy mi się nie udało. Aż do dzisiaj. Jako, że mój osobisty barceloński szofer, czyli Marc musiał pojawić się na stadionie wcześniej, jak to zresztą zawsze przed meczem, Adria zaoferował się mnie podwieźć. Miło z jego strony. Założyłam krótkie czarne spodenki, sandałki i oczywiście klubową koszulkę, a do torebki wrzuciłam jeszcze szalik. Tak uzbrojona, zwarta i gotowa do kibicowania wyszłam do czekającego już Vilanovy. Wejście na stadion było niesamowitym uczuciem spotęgowanym jeszcze tłumami ludzi w bordowo-granatowych koszulkach śpiewającymi klubowe przyśpiewki. Wszystko to tworzyło niesamowitą atmosferę, której nie da się opisać słowami, to trzeba poczuć, tej chwili nie zapomnę do końca życia.  Przyszliśmy trochę wcześniej, więc stadion nie był jeszcze zapełniony. Doszliśmy do naszych miejsc, gdzie siedziały: Antonella, Lorena i Ana Iniesta. Jako, że znały one Adrię ja też się z nimi zapoznałam. Usiadłam pomiędzy Adrią a Anto. Na murawę zaczęli wchodzić piłkarze, więc dokładnie się wszystkiemu przyglądałam, a w tym czasie mój towarzysz zaproponował przyniesienie czegoś do picia. Zaproponowałam, że pójdę z nim, ale widział jak wpatruję się w murawę, więc stwierdził, że sam sobie poradzi. Dla niego oczywiście nie było to żadnym przeżyciem, już nie raz był na meczu, więc rozgrzewający się piłkarze to dla niego żadna atrakcja. Nie to co dla mnie. Nie mogłam uwierzyć, że widzę swoich idoli, a jeszcze bardziej w to, że zaledwie kilka dni temu z nimi rozmawiałam.
-Więc… jesteś dziewczyną Adrii?- Usłyszałam.
-Słucham?- No co jak co, ale tego się nie spodziewałam. Nie pomyślałabym, że sprawiamy takie wrażenie. Czy aż tak było widać jak mi się podobał? Mam nadzieję, że nie.- Nie, nie. Poznaliśmy się kilka dni temu. Skąd ten pomysł?
-A to przepraszam, po prostu… Widzę jak na siebie patrzycie…
-A jak patrzymy?- Spytałam podejrzliwie.
-No… podoba ci się, prawda?- Super, czyli jednak. Tylko, czy Adria też to zauważył?
-Ja…
Na szczęście nie musiałam odpowiadać, bo wrócił do nas właśnie Adria, z naszymi napojami. Uśmiechnęłam się do niego i podziękowałam. Chciałam go przytulić albo pocałować w policzek, ale pomyślałam o tym co powiedziała dziewczyna Leo i wiedziałam, że trójka WAG bacznie się nam przygląda, więc zrezygnowałam z tego pomysłu. Czy podoba mi się Adria? Podoba i to bardzo, ale wiem, że nie mam szans. Chociaż Anto powiedziała „jak na siebie patrzycie”, a nie „jak na niego patrzysz”. Więc, może… może ja też mu się podobam, albo po prostu tak jej się powiedziało, a ja robię sobie nadzieję. Eh… Kto to mógł wiedzieć? Piłkarze właśnie skończyli się rozgrzewać i Marc popatrzył się w naszą stronę, uśmiechnął i pomachał, więc też mu pomachałam. Wtedy Antonella popatrzyła się dziwnie na mnie i moją koszulkę z numerem 15. Nie mam pojęcia o co mogło jej chodzić. Moi znajomi o czymś rozmawiali, ale nie słuchałam ich pogrążona we własnych myślach. Na boisko wyszli już piłkarze. Po stronie Barcy byli to: Pinto, Dani, Gerard, Mascherano, Adriano, Cesc, Busquets, Andres, Alexis, Leo i Pedro, a Atletico  Courtois, Juanfran, Miranda, Godin, Filipe Luis, Gabi, Mendes, Koke, Turan, David Villa i Costa.  Zaczęli i musiałam niestety przyznać, że Atletico szło lepiej, ale już w 14 minucie kontuzji doznał Diego Costa, a za niego wszedł Adriano Lopez, to z pewnością mogło nam pomóc, a już w 23 minucie bosko musiał opuścić Arda Turan, którego zastąpił Raul Garcia. Była 34 minuta kiedy wszyscy poderwaliśmy się z trybun po niesamowitym trafieniu Alexisa, który wykorzystał piłkę, która odskoczyła Messiemu. Cóż to był za gol! 1:0 dla nas! Podczas przerwy rozmawialiśmy o meczu i zwykłych, błahych tematach. Byliśmy szczęśliwi i wiedzieliśmy, że tytuł jest zdecydowanie w naszym zasięgu. Jednak w drugiej połowie lepiej grali piłkarze Atletico. Już w 47 minucie spotkania Villa trafił w słupek i poczułam ulgę, ale wiedziałam, że musimy poprawić naszą grę. Niestety,  chwilę później po rzucie rożnym i idealnym dośrodkowaniu Gabiego padła bramka dla graczy z Madrytu, której strzelcem był Godin. Gdzieś około 60 minuty doszło do zderzenia Juanfrana z Cesciem i piłka trafiła pod nogi Leo, który wpakował ją do siatki. Gooo… a nie. Sędzia zasygnalizował spalonego. Osobiście nie wiedziałam, który z graczy dotknął piłki. Piłkarze byli wymęczeni, ale starali się grać do końca. Niestety wynik już się nie zmienił. Było mi przykro, że nie udało nam się wygrać. Jedni grali lepiej, inni gorzej. Nie była to Barca z jej najlepszych czasów. Było mi strasznie szkoda, tytuł był na wyciągnięcie ręki, jednak nie udało się go zdobyć . Pogratulowaliśmy brawami Atletico, w końcu im się należało i postanowiliśmy pójść pocieszyć chłopaków. Byli przybici, ale trudno się im było dziwić.  Przytulałam ich wszystkich po kolei i mówiłam, żeby się nie martwili, każdemu może zdarzyć się słaby sezon, a następny z pewnością będzie lepszy. Jednego jednak byłam pewna, temu klubowi potrzebna jest rewolucja. Miałam mnóstwo pomysłów na zmiany. Może to o to chodziło Tito?  Czy moje pomysły naprawdę były na tyle dobre, że mogły się przyczynić do naprawy tej drużyny? Cóż, bardzo chciałabym pomóc, w końcu dobro Barcelony jest dla mnie niesamowicie ważne. Jutro pomyślę, co mogłabym w tym kierunku zrobić, dzisiaj miałam wielu smutnych piłkarzy na głowie.
Postanowiłam udać się do zarządu i przedstawić swoje pomysły. Nic lepszego nie wymyśliłam. Nie mam pewności, czy mnie w ogóle wysłuchają, ale co innego miałam zrobić? Przecież nie pójdę z tym do zawodników.  Ale mogę ich poprosić o załatwienie mi spotkania. To może być całkiem niegłupi pomysł.  Zadzwonię do Marca.
Bartra bez problemu zgodził się mi pomóc. Umówił mi spotkanie za dwa dni. Był ciekawy, po co chcę się spotkać z zarządem, ale szybko odpuścił, gdy nie chciałam mu powiedzieć. Do tego zaprosił mnie na plaże, gdzie mieli być jeszcze Cristian, Sergi, Marc Muniesa i Martin Montoya. Uwielbiałam spędzać czas z chłopakami, więc od razu się zgodziłam. Miałam małe obawy co do ich nastrojów po wczorajszym meczu, ale byli tak pozytywnie zakręceni, że nie potrafiliby się długo smucić, taką przynajmniej miałam nadzieję. Marc mieli być po mnie o 11, więc miałam chwilkę, żeby się przygotować. 
Piłkarze byli o wyznaczonej porze, do plaży miałam dwa kroki, ale szliśmy jeszcze chwilę wzdłuż morza, szukając jakiegoś miejsca z mniejszą ilością ludzi. Co prawda, był dopiero maj, ale było już ciepło i wielu ludzi postanowiło zaczerpnąć trochę słońca, szczególnie, że była niedziela.  Po kilku minutach na szczęście udało się nam znaleźć mało zatłoczone miejsce, rozłożyliśmy swoje rzeczy i rozebraliśmy się do strojów kąpielowych. Nie mogłam narzekać na widoki, miałam przed sobą pięć niesamowicie seksownych, wyrzeźbionych klat. No i weź tu człowieku zachowaj spokój. Postanowiłam się poopalać, w tym roku jeszcze nie miałam okazji tego robić. Chłopaki postanowili iść popływać, obserwowałam ich zza okularów, jak już mówiłam, było na co popatrzeć. Ja nie zamierzałam dzisiaj iść do wody. Położyłam się i zamknęłam oczy rozkoszując się promieniami słonecznymi. Nagle poczułam jak ktoś mnie łapie i podnosi. To był Marc. Szedł w kierunku wody. Już ja wiem co on sobie wymyślił, zaczęłam się wyrywać, rzucać, kopać i wyzywać go, ale on tylko się śmiał i przerzucił mnie sobie przez ramię. Wszedł do wody, uczepiłam się go mocno, żeby nie mógł mnie zrzucić. Udało mu się jednak mnie pozbyć, ale w ostatniej chwili pociągnęłam go za sobą. Wylądowaliśmy w wodzie. Była lodowata. Chciałam z niej jak najszybciej wybiec, ale ktoś złapał mnie w pasie i pociągnął w głąb morza. Znowu Marc. Jak on mnie dzisiaj wkurza. Co on smutek odreagowuje znęcając się nad biednymi, słabymi dziewczynami? Jak tak to mógłby się przecież trochę podołować, to jeszcze nikogo nie zabiło. A nie, kurde mnie wykorzystywać, jeszcze mnie popamięta. Zaczęłam chłapać go tą lodowatą wodą, z której chciałam jak najszybciej uciec, ale nie było mi to dane, a on mi oddał, reszta się przyłączyła i tak zaczęła się wielka wodna wojna.
Gdy skończyliśmy, wszyscy byli cali mokrzy, więc było nam już wszystko jedno. Postanowiliśmy nauczyć się surfować. To znaczy Cristian i Martin już potrafili, ale cała reszta nie miała o tym pojęcia. Było przy tym sporo śmiechu, bo, mówiąc szczerze wcale nam nie szło. Co chwila ktoś wywalał się w coraz to bardziej spektakularny sposób, ale i tak wszystko wygrał Sergi, który za nic nie potrafił utrzymać się na desce po prostu na niej leżąc. No cóż, to najwidoczniej nie był sport dla nas, dlatego zrezygnowaliśmy z dalszej nauki i poszliśmy coś przekąsić. Zajadaliśmy się pysznymi owocami morza w małej restauracyjce przy plaży i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Już brzuch mnie bolał od śmiechu z opowieści chłopaków, ci to zawsze coś odwalą. W między czasie wpadli na świetny pomysł zorganizowania „małej domówki” u Alexisa. Już ja widzę tę małą domówkę dla połowy miasta. Nie no, ale na serio chyba tylko piłkarze Barcy, mogą wpaść na pomysł zrobienia imprezy dzień po przegraniu ligi. Tak mnie tylko zastanawia, kiedy planują poinformować o wszystkim biednego Alexisa.
Przepraszam.
Tylko tyle mogę powiedzieć, ale praktycznie cały sierpień miałam w wyjazdach, tych planowanych i tych nie, no i nie miałam czasu ani weny, której nie ma dalej. Także rozdział jest jaki jest, ale bardzo mi zależało, żeby dodać cokolwiek. Mam nadzieję, że następny rozdział uda mi się napisać dużo szybciej i, że będzie lepszy.

Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam :*

czwartek, 31 lipca 2014

Rozdział szósty

Susana:
Byłam z chłopakami na pizzy i muszę przyznać, że świetnie się bawiłam, chociaż trochę wstyd było pokazać się z taką rozwrzeszczaną bandą dużych dzieci w miejscu publicznym. Zabawne, nigdy nie pomyślałabym, że będę się wstydzić swoich idoli. Cóż, życie potrafi być dziwne, ale że ja też do najpoważniejszych i najspokojniejszych osób nie należę, doskonale wpasowałam się w towarzystwo i nie przejmowałam się, że ludzie dziwnie się na nas patrzyli. Jakby tego wszystkiego było mało dostałam od chłopaków wejściówkę na mecz z Atletico o mistrzostwo. Niesamowite! Pójdę na mecz mojej ukochanej drużyny! I to jeszcze na trybunę VIP, no po prostu lepiej być już nie mogło. Już nie mogę się doczekać! To był zdecydowanie najlepszy dzień mojego życia. Marc jako mój najbliższy znajomy z całej piłkarskiej ekipy zaoferował mi podwózkę do domu. Razem z nami zabrał się jeszcze Sergi Roberto, któremu zepsuł się samochód. Całą drogę śpiewalismy piosenki lecące w radiu, co z tego, że śpiewać nie potrafimy? Okropnie fałszowaliśmy i myliliśmy słowa, ale świetnie się przy tym bawiliśmy. Wieczorem poszłam jeszcze z ciocią na zakupy i streściłam jej dzisiejszy dzień. Nie do końca rozróżniała poszczególnych piłkarzy, bo nie interesowała się piłką nożną, ale słuchała uważnie i śmiała się z ich wygłupów. Opowiedziałam jej też o Adrii i pokazałam jego zdjęcia znalezione w internecie. Stwierdziła, że to przystojniak i mam się za niego „brać”. Łatwo jej mówić. Nagle zadzwonił mi telefon, a gdy odebrałam usłyszałam jego głos.
-Cześć, tu Adria.
-Cześć, miło cię słyszeć.- Oj bardzo, bardzo miło.
-Ciebie też. Mam pytanie, nie chciałabyś się przejść do kina?
-Bardzo chętnie, tylko wiesz, jestem już trochę zmęczona, za dużo wrażeń jak na jeden dzień.- Zaśmiałam się.
-Rozumiem? A jutro?
-Jak najbardziej. 16?
-Pasuje. To do zobaczenia.
-Do zobaczenia. - Rozłączyłam się. – W takim razie chodźmy jeszcze kupić coś ładnego na jutro.- Zwróciłam się do cioci.

Carlota:
Słyszałam jak Adria umawiał się z tą dziewczyną z cmentarza. Susana, tak? No cóż, postanowiłam na razie nic mu nie mówić, nie chciałabym psuć ich relacji. Adria z reguły nie lata za dziewczynami, tylko skupia się na treningach i przyjaciołach, więc musi mieć coś w sobie. Dalej nie jestem pewna, czy dobrze robię, ale to mój kochany brat, nie mogłabym ryzykować skrzywdzenia go, mam tylko nadzieje, że ona tego nie zrobi. Nigdy bym jej nie wybaczyła.

Susana:
Wstałam gdzieś koło 12. Ale się wyspałam, no ale w końcu nie mogę mieć dzisiaj worów pod oczami. Poszłam do kuchni i zjadłam joghurt, myśląc o dzisiejszym spotkaniu. Do tego czasu postanowiłam zrobić sobie taki dzień SPA, żeby się trochę zrelaksować. Z reguły nie miałam z tym problemu, ale z reguły nie chodziłam na randki. Eh, przecież to nawet nie jest randka, tylko wspólne wyjście do kina, a ja głupia robię sobie nadzieję. Nieważne. Na godzinę przed wyjściem zaczęłam się szykować. Ubrałam czarny, krótszy top i bordową spódnicę z wysokim stanem, które kupiłyśmy z ciocią wczoraj. Umalowałam się nieco mocniej niż zazwyczaj, a włosy spięłam w koka. Do tego dobrałam złote dodatki, a na nogi założyłam czarne szpilki. Jeszcze tylko torebka i byłam gotowa. Tak jak się wcześniej umawialiśmy punkt 16 podjechał po mnie Adria na motorze. Jeju, uwielbiam facetów na motorach. Wyglądał obłędnie. Miał na sobie ciemne, proste jeansy i czarną koszulę, która delikatnie opinała jego umięśnione ciało, do tego idealnie ułożone włosy i jego piękny uśmiech.  Czy on może przestać być taki idealny? Na nogach jak z waty podeszłam do niego.

Adria:
Gdy podjechałem pod wskazany adres, ze środka właśnie wychodziła Susana. Wyglądała przepięknie. Króciutka bluzeczka i równie krótka spódniczka, która pokazywała jej piękne, długie nogi. I tak ładnie się do mnie uśmiechała. Przywitaliśmy się, wsiadła na motor i delikatnie, tak jakby nieśmiało objęła mnie rękami w pasie. Nigdy bym nie pomyślał, że Susana jest nieśmiała. Postanowiłem trochę przyspieszyć i wtedy objęła mnie mocniej. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Po kilku minutach byliśmy już pod kinem i zabraliśmy się za wybieranie filmu. Sus zaproponawała „Gwiazd naszych wina”, jakaś kolejna ckliwa, romantyczna historia. Szczerze? Nie lubię takich filmów, ale w tym przypadku chyba im romantyczniej tym lepiej, więc się zgodziłem. Kupiliśmy jeszcze duży popcorn i poszliśmy oglądać. Co prawda częściej patrzyłem na Susanę zafascynowaną oglądaniem niż na ekran, ale co tam. W pewnym momencie zauważyłem w jej oczach łzy, więc delikatnie otoczyłem ją ramieniem. Nie protestowała, a za to na tyle na ile pozwoliły jej krzesła, wtuliła się we mnie. To, to ja rozumiem.

Płakałem, płakałem jak bóbr. Niby od początku było wiadomo, że dziewczyna jest chora na raka, a na tę samą chorobę zmarł mój tata, ale jakos tego nie skojarzyłem i pewnie bym się tym nie przejął, ale w filmie było za duzo podobieństw. Wyleczony rak, nawrót choroby i śmierć? Skądś to znam. Skądś to, kurwa, bardzo dobrze znam.
-Przepraszam, ja… powinnam była pomyśleć, jakoś nie połączyłam faktów… Ale ja jestem głupia!- Mówiła gorączkowo zapłakana i zawstydzona Susana nie patrząc się na mnie, tylko na swoje buty. Ale to nie była jej wina. Nie mogłem się na nia gniewać, przeciez ja też tych faktów nie połączyłem.
-Hej, spokojnie, nic się nie stało.- Przygarnąłem ją do siebie.
-Przepraszam, tak bardzo przepraszam.- Szeptała, a moja koszula była już mokra od jej łez.
-Mówię ci przecież, że nic się nie stało. To nie twoja wina, nie mogłaś wiedzieć, że tak to się skończy.
-Ale samo słowo „rak” powinno dać mi do myślenia. Boże, jestem beznadziejna. Powinieneś być na mnie zły.
- Nie ma powodu, żebym był na ciebie zły. Nie mogę unikać wszystkiego, co kojarzy mi się z tatą, to nie możliwe. Takie rzeczy spotykam na każdym kroku, od piłki po jego ulubione danie, wszystko mi o nim przypomina, po prostu jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem, nie jest tak łatwo przyzwyczaic się do czyjejś śmierci. Chodź, pójdziemy się przejść?
-Po tym wszystkim chcesz mnie jeszcze widzieć?- Oderwała głowę od mojego torsu i uniosła ją, żeby spojrzeć mi w oczy a przy tym delikatnie się uśmiechnęła. Miała rozmazany cały makijaż, ale dla mnie i tak wygladała pięknie.
-Oj głuptasie, pewnie że chcę.- Również się do niej uśmiechnąłem.
-Cieszę się. To, poczekaj chwilkę, pójdę tylko to z siebie zmyć.- I ruszyła w stronę łazienek. Odwróciła się jeszcze, żeby powiedzieć- I nie mów do mnie głuptasie.- Uśmiechnąłem się szeroko.

Susana:

Spacerowaliśmy z Adrią tymi spokojniejszymi z barcelońskich uliczek. Szłam wtulona w niego, co było chyba jedynym plusem dzisiejszej sytuacji. Bardzo lubię takie filmy, więc po prostu bardzo chciałam go zobaczyć. A tu taka plama. Na przyszłość powinnam myśleć, zanim cos zrobię. Na szczęście, jakimś cudem, Adria się na mnie nie obraził. Teraz szliśmy w ciszy, która była nam po prostu potrzebna, a rozmowa o pogodzie nie wydawała się na miejscu w tej sytuacji. Czuję się okropnie, jestem tu dzięki Tito i w zasadzie dla niego, a nie pomyślałam o nim w tamtym momencie. Swoją drogą, pewnie nie byłby zadowolony z faktu, że zadurzyłam się w jego synu. Zresztą, nieważne, w końcu i tak nie mam u niego szans, więc co za różnica? Po tym wieczorze to już na pewno.

sobota, 19 lipca 2014

Rozdział piąty

Susana:
Podjechaliśmy pod Ciutat Esportiva.
-No chyba sobie żartujesz!- Wykrzyczałam.
-Nie no, tylko mi nie mów, że nie lubisz piłki…
-Proszę cię, jestem waszą fanką.
-Teraz mi to mówisz? W ogóle nie było po tobie widać…
-Bo nie rzuciłam się na ciebie piszcząc i prosząc o autograf?- Możecie mi wierzyć, że chciałam to zrobić, ale on nie musi o tym wiedzieć.
-Mniej więcej.
-Może po prostu nie jesteś wystarczająco dobry, poczekaj, aż zobaczę Messiego.- Uśmiechnęłam się szeroko.
-Ej no, wiesz ty co? Chyba się obrażę.
-No przestań- powiedziałam przytulając go mocno- przecież żartuje, po prostu nie chciałam się tak zachowywać. No nie mów mi, że to lubisz?
-No pewnie, te piszczące fanki rzucające mi się na szyję… -Popatrzyłam na niego dziwnie. -Żartuję. No, niech będzie, powiedzmy, że się nie gniewam…

Nie mogłam w to uwierzyć, zobaczę trening FC Barcelony na żywo! Taki zamknięty. Ma się to szczęście w życiu. Ewentualnie pomoc z zaświatów, ale to też przecież zalicza się pod szczęście. Siedziałam teraz na trybunie, Marc poszedł się przebrać i mnie tu zostawił. Rozglądałam się dookoła z zaciekawieniem, gdy nagle zobaczyłam chłopaka idącego w moją stronę. Ale był przystojny! Miał brązowe włosy i oczy tego samego koloru, był umięśniony, ładnie opalony i dość wysoki. Kolana się pode mną ugięły. Chwała Bogu, że siedziałam. Uśmiechnął się do mnie, jeśli to w ogóle możliwe, to teraz wyglądał jeszcze lepiej.
-Cześć, Adria jestem.- No tak, przecież to syn Tito, jak mogłam od razu nie skojarzyć.
-Vilanova?- Zapytałam niepewnie, żeby jeszcze nie dać jakiejś plamy, ze mną nigdy nie wiadomo. Pokiwał głową.-  Nie wiem, czy powinnam do tego wracać, ale bardzo mi przykro z powodu twojego ojca. Nagle posmutniał.
-Dzięki, ale faktycznie nie wracajmy już do tego.- Uśmiechnął się lekko. Pewnie, jednak dałam ciała, cała ja. Na szczęście zaraz z powrotem poweselał. Uff.- Ej, ale ty się jeszcze nie przedstawiłaś.
-Susana- odpowiedziałam.
-Miło mi poznać.
-Mi również.
-Więc… co tutaj robisz? Bo chyba nie chodzisz z żadnym z nich?- Wskazał na wchodzących właśnie na murawę piłkarzy. O matko, właśnie mam przed sobą wszystkich swoich idoli. Niesamowite. I rozmawiam z niesamowitym przystojniakiem, powinnam do tego wrócić.
-Haha, nie. Marc mnie tu przyprowadził. I trafił w dziesiątkę, tak się składa, że jestem Cule. A ty?
- No proszę, dziewczyna, która interesuje się piłką nożną, nie spotyka się takich codziennie.- I znów uśmiechnął się tak, że zaparło mi dech w piersi.- A ja? Nie wiem, czy wiesz, ale też trenuję, a tu mam doskonałą okazję coś podpatrzeć.
-Rozumiem.- Też odpowiedziałam mu uśmiechem. Przy nim musiałabym się postarać, żeby tego nie robić. Co tu dużo mówić, szczerzyłam się jak głupi do sera.
-A jeśli można spytać, Marc to twój..?
-Kolega? W zasadzie poznałam go wczoraj.
-Naprawdę? No to musiał cię bardzo polubić, że tak szybko cię tu przyprowadził.
-Mam taką nadzieję, bo też go polubiłam. Znaczy, lubiłam go już wcześniej, ale rozumiesz…
-Rozumiem, rozumiem. –Zaśmiał się.-Oglądamy?
-Po to tu przyszłam.- Przytaknęłam.

Oglądanie treningu było dla mnie niesamowitym przeżyciem, ale też świetną zabawą. Piłkarze strasznie się wygłupiali i nie mogłam powstrzymać śmiechu. Pique próbował ujeżdżać Cesca, niestety zaraz oboje wylądowali na ziemi, Dani Alves postanowił zmienić styl i zamiast salsy próbował tańczyć breakdance, no cóż, z marnym skutkiem,  Neymar z Cristianem odgrywali słynną scenę Titanica, a siedzący przed nimi w roli widza Alexis udawał ogromne wzruszenie. Jakby tego było mało w pewnym momencie Jordi Alba ściągnął Inieście spodenki, a ten gonił go zawzięcie dookoła boiska, ale wywrócił się na nogach leżącego już wcześniej na trawie Gerarda. Biedny Andres. Do tego mój towarzysz co chwila opowiadał mi jakiś kawał czy śmieszną historyjkę, więc brzuch już strasznie bolał mnie ze śmiechu. Po skończonym treningu miałam okazję poznać całą drużynę i to były zdecydowanie najlepsze chwile w moim życiu. Pogadałam z wszystkimi, zrobiłam sobie z każdym zdjęcie, a na koniec dostałam jeszcze od nich koszulkę z autografami. Chcieli mnie przekonać, żebym z nimi coś pokopała, ale jako że kompletnie nie potrafiłam, udało mi się jakoś od tego wymigać. Miałam szczęście, że byli już zmęczeni treningiem, na którym praktycznie tylko się wygłupiali, więc pewnie wymęczyły ich bardziej te ich pomysły niż same ćwiczenia, no ale cóż, to jest właśnie FC Barcelona. Postanowili iść coś zjeść i zabrać mnie ze sobą. Jakoś specjalnie nie protestowałam.
 -Ej, młody, idziesz z nami?- Zawołał Marc do Adrii, który wciąż siedział na trybunach przyglądając się nam z komórką w ręce.
-Nie dzięki, Charlota po mnie przyjeżdża- pomachał telefonem- ale może innym razem.
-Okej, to my idziemy. Do zobaczenia.
-Pa.
Pomachałam mu i ruszyłam za resztą, jednak nagle poczułam dłoń na ramieniu.
-Ej czekaj, mogę dostać twój numer? Moglibyśmy się jeszcze kiedyś spotkać.
-Pewnie, żaden problem.- Wstukałam kilka cyfr na jego telefonie.
-Dzięki, to do zobaczenia.
-Do zobaczenia.- Uśmiechnęłam się i poszłam.

Adria:
Ten trening różnił się od innych, dzisiaj poznałem Susanę, niesamowita dziewczyna. Uśmiechnięty kroczyłem w stronę auta, niby szkoda, że nie poszedłem teraz z nimi, mógłbym z nią spędzić trochę więcej czasu, ale wcześniej napisałem już do siostry. Poza tym mam jej numer, więc mam nadzieję, że uda mi się jakoś z nią umówić.

Carlota:
Czekałam w aucie na brata, bo prosił żebym odebrała go po treningu pierwszej drużyny, który oglądał. Nagle z głównych drzwi wyszli piłkarze, pewnie idą coś zjeść, jak zwykle zresztą. Wszystko jak zazwyczaj, ale w pewnym momencie wśród nich zobaczyłam młodą dziewczynę i… osłupiałam. To  była ta sama dziewczyna, którą widziałam nad grobem mojego ojca. Co ona tu robiła? Coraz bardziej mnie to zastanawiało. Do środka wszedł mój brat i był w bardzo dobrym humorze.
-Hej.-Przywitał się.
-No hej, a co ty taki wesoły co?
-A tak jakoś…
-Tak, tak, możesz mi nic nie mówić, ale i tak się dowiem. Widzisz tę dziewczynę pomiędzy piłkarzami? -Zapytałam.

-A tak, to Susana, poznałem ją dzisiaj na treningu. Świetna dziewczyna, z poczuciem humoru i do tego zna się na piłce.-Czyli ją polubił, nie wiem czy to dobrze, czy źle. Już sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.- Do tego jest taka ładna, eh, pewnie ma już chłopaka…- Aha, więc mu się podoba. Świetnie. Ale z drugiej strony, to że coś sobie ubzdurałam, to nie znaczy że tak jest, prawda? A tak to nic do niej nie mam, bo nawet jej nie znam. W każdym razie, nie mogłam odnaleźć się w tej sytuacji. Zastanawiałam się, czy powiedzieć Adrii o tym, że widziałam ją nad grobem taty. Jeśli ona się mu podoba może powinien wiedzieć, ale z drugiej strony to nie musi mieć większego znaczenia, a tylko popsuć ich relacje. Albo może powiedzieć mu o moich przemyśleniach, bo gdyby okazały się prawdziwe… Lepiej, żeby wiedział wcześniej, ale przecież mogłam się mylić. Już nie miałam pojęcia, co robić…
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Hej :)
Bardzo ładnie dziękuje za wszystkie komentarze, bardzo się cieszę, że się wam podoba i jeszcze ładniej proszę o więcej. :)
Pozdrawiam :*

środa, 9 lipca 2014

Rozdział czwarty

Susana:
Wizyta  na cmentarzu trochę mnie przybiła, ale również dodała mi jakiejś takiej siły do działania.. Tak jakby Tito przekazywał mi swoją energię do kontynuowania mojej „misji” utwierdzając mnie w przekonaniu, że jest ze mną i mnie wspiera. Zastanawiałam się co teraz powinnam zrobić. Nagle zobaczyłam Marca Bartrę! Znaczy tak mi się wydawało, bo miał Ray Bany na oczach, więc mógł to być ktoś po prostu do niego podobny. Ale na serio bardzo podobny. Tak czy inaczej istniała szansa, że to jednak on. A taka okazja może się już nie powtórzyć. Ale oczywiście, że nie chodziło mi o to, że to mój ulubiony piłkarz i bardzo, bardzo chciałam go poznać. Przecież muszę jakoś dostać się do drużyny, jeśli chcę jej pomóc, prawda? Postanowiłam działać. Z powodu chwilowego zaćmienia mózgu spowodowanego nagłym przypływem emocji (a przynajmniej ja to tak sobie tłumaczyłam), nie wymyśliłam nic lepszego niż „przypadkowe” wpadniecie na jego osobę. Niestety, nie zauważyłam kubka z kawą w jego ręku i tak właśnie leżałam obolała na ziemi cała w tym płynie przed moim idolem. Super. Przynajmniej nie była gorąca, zawsze coś, jeszcze tylko poparzenia mi brakowało.  Do tego pewnie zrobiłam z siebie idiotkę. Ale czego się nie robi dla ukochanego klubu, prawda? No więc, poświęciłam swoją ulubioną bluzkę w słusznej sprawie. No i mam okazję poznać Marca. Zobaczyłam przed sobą dłoń. Niesamowitą dłoń. Dobra, przesadzam. Dłoń jak dłoń. Tyle, że jego. Bez wahania ją chwyciłam i już po chwili stałam  na nogach patrząc na jedną z najpiękniejszych twarzy jakie kiedykolwiek widziałam. Nie, w tym akurat nie ma ani trochę przesady.
-Jeju, przepraszam. Nie wiem jak to się stało, zagapiłem się. Nic ci nie jest?- Usłyszałam.
-Nie, jest okej. Tylko…- wskazałam na swoje ubranie.- W każdym razie nic się nie stało, to ja nie patrzyłam.
-Marc.- Wyciągnął do mnie rękę.
-Susana, miło mi.                             
-Mi też, szkoda tylko, że poznaliśmy się w takich okolicznościach. Jesteś cała mokra, trzeba coś tym zrobić.
-Wrócę do siebie i się przebiorę żaden problem, naprawdę.
-A jak tam dojdziesz, to daleko?
-No, w Barcelonie. Pojadę autobusem, tak jak przyjechałam.
-Chyba sobie żartujesz, nie ma mowy. Też tam jadę, podwiozę cię.
-Ale nie trzeba…
-Chodź.-Przerwał mi. Nie żebym miała coś przeciwko, więc posłusznie poszłam za nim do samochodu.
Marc:
Zabrałem Susanę do Barcelony. To naprawdę świetna dziewczyna, super nam się gadało, miała podobne do mnie poczucie humoru. Ogólnie sprawiała wrażenie osoby bardzo wesołej, otwartej i trochę roztrzepanej. Zastanawiało mnie tylko jedno, bo wyglądała na nastolatkę, nie wiem czy była pełnoletnia, ale przecież jej nie zapytam, bo mogłaby się obrazić lub mnie źle zrozumieć. Zresztą, co za różnica. Moje przemyślenia przerwała siedząca obok dziewczyna mówiąc, że jesteśmy już na miejscu. Zatrzymaliśmy się pod ładnie prezentującym się blokiem w Barcelonecie. Wjechaliśmy na 5 piętro, Susana wytłumaczyła mi, że przyjechała do cioci, której teraz akurat nie było, bo pracowała.
-Wielkie dzięki za podwózkę.-Usłyszałem.
-Nie ma za co, w końcu to moja wina, że nie mogłaś wracać normalnie.
-Oj już przestań, jakbym uważała i patrzyła gdzie idę, nie byłoby problemu.- Bardzo ją polubiłem, więc nie mogłem pozwolić, żeby nasza znajomość od tak się skończyła. Myśl Marc, myśl.
-A może, tak w ramach przeprosin dałabyś się zaprosić na kawę?
-Już mówiłam, nie ma za co przepraszać.- Kurde, czyli nie chce się spotkać… Może faktycznie jestem dla niej jak dziadek. Albo nie przypadłem jej do gustu.- Ale bardzo chętnie, tylko może nie na kawę.- Zaśmiała się jeszcze raz wskazując na swoje ubranie, a ja razem z nią. Wcześniej staliśmy w drzwiach, więc weszliśmy do środka. Muszę przyznać, że jej ciotka miała bardzo ładne mieszkanie. Susana zaprowadziła mnie do „swojego” pokoju, który był strasznie dziewczęcy, cały w bieli, z ogromnym łóżkiem. Moja nowa znajoma wzięła z walizki ubrania i skierowała się chyba do łazienki, a mi kazała na siebie poczekać. Usadowiłem się na łóżku, co jak co, ale wygodne to było.
Susana:
Weszłam do łazienki i od razu schlapałam się zimną wodą. Musiałam ochłonąć. Poznałam Marca Bartrę! Mojego absolutnie ulubionego piłkarza. W rzeczywistości, jako osoba, również okazał się wspaniały, to niesamowicie pozytywny człowiek. Bardzo go polubiłam. A co najlepsze, mam wrażenie, że on mnie też. I sam zaproponował jakiś wspólny wypad, niby że w ramach przeprosin, ale nie ważne. Wyręczył mnie i nie muszę już kombinować. Normalnie jak jakiś rycerz na białym koniu . Przyjrzałam się sobie w lustrze. Boże, wyglądałam okropnie. Ściągnęłam z siebie brudne ubrania, ciekawe czy da się to wyprać. Całą się lepiłam, więc postanowiłam wziąć szybki prysznic. Od razu lepiej. Założyłam na siebie krótką, malinową sukienkę i sandałki na koturnach. Zrobiłam delikatny makijaż i podkręciłam włosy. Teraz mogłam się pokazać. Wchodząc do pokoju zastałam piłkarza rozłożonego na moim łóżku.
-Nie za wygodnie ci?- Zaśmiałam się.
-No w końcu. Dłużej się nie dało? Co miałem robić?
-Dobra, dobra. Musiałam się umyć. Przez kogoś byłam cała lepka od kawy.
-Oj, już mi nie wypominaj.
-Żartuje przecież. Idziemy?
-No idziemy, tylko gdzie?
-Hmm… mam ochotę na jakieś lody.
-Co masz na myśli?- Marc zabawnie poruszył brwiami.
- Marc!- Trzepnęłam go w ramię. I czułam, że się rumienię.

Spędziłam bardzo miłe popołudnie, naprawdę złapałam z Marciem świetny kontakt. Po lodach poszliśmy jeszcze na spacer uliczkami Barcelony, a na końcu siedzieliśmy na plaży. Pewnie już wspominałam, ale to miasto jest niesamowite! Do domu wróciłam późno, ciocia już była, więc oczywiście musiałam jej wszystko opowiedzieć. Bardzo się ucieszyła, bo wiedziała, że jestem zapaloną kibicką. Położyłam się, ale chociaż jestem wykończona, to chyba dzisiaj nie zasnę, za dużo emocji. Leżałam z zamkniętymi oczami i usłyszałam dźwięk sms-a. Od Marca. „Dziękuję za miły dzień :* Mam dla ciebie niespodziankę, będę o 10 i gdzieś cię zabiorę J”. Wow, chyba naprawdę mnie polubił. Ciekawe, gdzie chce mnie zabrać? Już nie mogę się doczekać.

Chociaż nie zmrużyłam oka przez praktycznie całą noc wstałam pełna energii. Musiałam się przygotować. Nie wiedziałam, gdzie Marc mnie zabiera, więc postawiłam na letnią sukienkę w kwiatki, różowe sandałki i dużą, beżową shopperkę, do której włożyłam wszystkie potrzebne rzeczy. Umalowałam się jeszcze, nałożyłam okulary i kilka minut przed czasem byłam już byłam gotowa. Przez okno zobaczyłam jego audi na parkingu. Poczekałam aż Marc zadzwoni do drzwi, co zrobił jakieś 3 minuty później troszeczkę zdyszany, czyli wchodził tu po schodach. A raczej wbiegał. Ten to ma kondycję.
-Cześć- przywitał się i cmoknął mnie w policzek, o matko, trzymajcie mnie dostałam buziaka od Marca Bartry!
-Hej
-A teraz chodź porywam cię.
-Mogę wiedzieć gdzie?- Zamknęłam za sobą drzwi na klucz.
-Wtedy nie byłoby niespodzianki- uśmiechnął się szeroko.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Hej :)
Trochę mi zeszło z tym rozdziałem dłużej niż się spodziewałam, ale nie jest źle :) Miałam taką niezbyt ciekawą sytuację z przyjęciem do szkoły, no a bardziej klasy i tak trochę byłam zrezygnowana, ale zebrałam się w sobie i udało się to skończyć, mam nadzieję, że chociaż się wam podoba, bo mi tak średnio. Ostatnio (no dobra drugiego to nie tak całkiem ostatnio :D) miałam też urodziny i byłoby mi bardzo miło jakby pojawiło się troszkę więcej komentarzy, naprawdę każdy jeden mnie niesamowicie cieszy i bardzo motywuje :). Nie mam słów jeśli chodzi o wczorajszy mecz, biedna Brazylia, nie pozostaje mi teraz nic innego jak trzymać mocno kciuki za Argentynę.
Ps. Coś nie mogłam się dopasować z kolorem czcionki, mam nadzieję, że już wszystkim czyta się dobrze :)
Pozdrawiam :*

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział trzeci

Nina:
Rozmowa z  rodzicami nie należała do najłatwiejszych, ale nawet nie śmiałam marzyć, że taka będzie. Ale udało się! Zgodzili się i mogę jechać, jednak dopiero na wakacjach. Sus jedzie już teraz, ale nie zamierzam narzekać. Jak na moich rodziców to naprawdę sukces coś takiego wskórać. Zadzwoniłam do przyjaciółki, wszystko jej opowiedziałam i postanowiłam pomóc jej się pakować, w końcu ona jest tak nieogarnięta, że zeszłoby jej to z 2 tygodnie. A wyjeżdża pojutrze. Tak, zdecydowanie byłam tam potrzebna.
Siedziałyśmy u niej na podłodze przeglądając walające się po całym pokoju ciuchy i zastanawiałyśmy się, które powinna wziąć. Puściłyśmy głośno muzykę, akurat leciał Linkin Park. Mogłyśmy sobie spokojnie na to pozwolić, bo nikogo nie było w domu. I chwała Bogu. Jakby ktoś zobaczył ten bałagan, to mógłby spokojnie paść na zawał. Serio. Huragan to mało. Co chwila brałyśmy jedną bluzkę, odkładałyśmy znowu, za 2 minuty zmieniałyśmy zdanie. W takim tempie to my się do wyjazdu nie wyrobimy. Matko, jaka ona jest niezdecydowana!

Susana:
W końcu doszłyśmy do wniosku, że nie ma sensu pół godziny zastanawiać się co jest lepsze, bo i tak nic mądrego nie wymyślimy, a zrobimy tylko więcej zamieszania. I tak z jednej walizki zrobiły się dwie. Ale przynajmniej niczego mi nie zabraknie. Taką przynajmniej mam nadzieję. Długo jeszcze rozmawiałyśmy, aż w końcu zauważyłyśmy, że zrobiło się ciemno i zorientowałyśmy się, że jest już dziesiąta, więc  Nina postanowiła zostać u mnie na noc. Robiła to tak często, że nawet miała u mnie własną szczoteczkę. Byłyśmy jak siostry. Nie wiem jak ja ją zostawię, ale przecież już na wakacjach do mnie dołączy, więc nie czeka nas długa rozłąka. Na szczęście.

2 dni później
Do Barcelony miała odwieźć mnie mama, bo też chciała zobaczyć się z ciocią. Udało jej się dostać 2 dni wolnego. Nie dużo, ledwo przyjedzie będzie wracać, no ale lepsze to niż nic. Biegałyśmy po całym domu zabierając ze sobą coraz to więcej rzeczy. W końcu stwierdziłyśmy, że wszystko mamy. Droga trwała około dwóch godzin. Aż dziwne, że nigdy tam nie byłam, a przecież tak bardzo chciałam. No nic, czasami tak bywa.
Podróż minęła nam bardzo szybko i już wjeżdżałyśmy do miasta Gaudiego. Zdecydowanie robiło wrażenie. Byłam tak pełna emocji, że ledwo mogłam usiedzieć w aucie. Ciocia Maite mieszkała na 5 piętrze budynku w dzielnicy Barceloneta. Wjechałyśmy windą, zadzwoniłyśmy do drzwi i już po chwili byłyśmy w jej ramionach. Wyściskałyśmy się za wszystkie czasy i w końcu weszłyśmy do środka. Ciotka była lekarką, więc dużo zarabiała i jej mieszkanie naprawdę robiło wrażenie. Było ogromne, utrzymane w jasnej kolorystyce, urządzone trochę klasycznie, trochę nowocześnie, ale z wyczuciem. Z jednej strony z okien było widać barcelońską plażę. Tylko jedno słowo cisnęło mi się na usta: -Wow.
-Cieszę się, że ci się podoba. Napijecie się czegoś? Przyniosę herbatę. Czy wolicie sok? No, nie stójcie tak, siądźcie sobie w salonie, a ja już do was przyjdę. Musicie mi wszystko poopowiadać.
Tak więc chwilę rozmawiałyśmy, ale gdy ciocia dowiedziała się, że mama już jutro wyjeżdża, postanowiła od razu zabrać nas na zwiedzanie miasta. Całkowicie się z nią zgadzałam, nie było na co czekać.
Siedziałyśmy w restauracji pod gołym niebem przy la Rambla serwującej typowo hiszpańskie przysmaki. Zamówiłam sobie paellę i trochę soku z pomarańczy. Byłam wykończona po tym całym zwiedzaniu, czułam jakby nogi miały mi zaraz odpaść. Barcelona była przepiękna. Zobaczyłyśmy Sagradę Familię, potem na piechotę przeszłyśmy do Parku Güell, gdzie spędziłyśmy bardzo dużo czasu chodząc po różnych mniej i bardziej znanych alejkach. Naprawdę cudowne miejsce.  Potem podjechałyśmy jeszcze na plac kataloński i do portu. Teraz mamy w planach obejść właśnie la Rambla, a na koniec , jako że dzisiaj czwartek, obejrzeć pokaz fontann na placu hiszpańskim.  Podobno niesamowite przeżycie.

Mama właśnie wyjechała, dzisiejszy dzień również spędziłyśmy na zwiedzaniu. Ciocia chciała mnie jeszcze gdzieś wyciągnąć, ale nie miałam już na nic siły, po prostu poszłam do mojej tymczasowej sypialni i rzuciłam się na łóżko.                                                                              
Obudziłam się rano i postanowiłam podjechać do Bellcaire de l'Empordà rodzinnej miejscowości Tito, w której został pochowany i odwiedzić go na cmentarzu. Wsiadłam w autobus i po półtorej godziny byłam już na miejscu. Stanęłam przy jego grobie i znowu się rozpłakałam po czym jak jakaś wariatka zaczęłam mówić do zmarłego.
-Wiesz to dość dziwna dla mnie sytuacja, pewnie zdajesz sobie z tego sprawę. Czuję się głupio stojąc tu i rozmawiając z Tobą. A w zasadzie prowadząc swój monolog. Przecież nawet nie wiem, czy mnie słyszysz. Może ta cała sytuacja nie była prawdziwa, może wcale do mnie nie pisałeś, a może to było jednorazowe i powinnam dać Ci już spokój, tego nie wiem. Chciałam Ci po prostu podziękować za wszystko co robiłeś, za to jak kierowałeś drużyną i to, jakim wspaniałym byłeś człowiekiem. Nigdy nie miałam okazji, by poznać Cię osobiście, ale zmieniłeś wiele w moim życiu. Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wielu ludzi brało z Ciebie przykład, w tym i ja. Pokazałeś mi jak wiele można zwojować pokorą i będąc po prostu cichym, spokojnym człowiekiem. Bardzo to w Tobie doceniałam, ten spokój. To samo mogę zaobserwować u swojej mamy. Mi tego brakuje, jestem impulsywna i wszystko chciałabym mieć od razu, a tak się nie da. Teraz to wiem, ale i tak ciągle jestem taka sama i pewnie już tego nie zmienię. Dziękuję Ci za całe Twoje życie. Wciąż nie jestem pewna, czy to Twoja wola, żebym się tu znalazła. Wiesz z reguły nie wierzę w rzeczy, których nie da się racjonalnie wyjaśnić, wybacz. A w końcu dlaczego i,przede wszystkim, jak ktoś taki jak ja miałby naprawiać wielką FC Barcelonę. Jestem przecież zwykła 16-letnią gówniarą, która nic jeszcze nie wie o życiu, a o piłce też nie wiele, ale jeśli tego chcesz, to postaram się na coś przydać. Nie mogę obiecać, że pomogę, ale obiecuję, że zrobie wszystko co w mojej mocy, cokolwiek by to nie było. W każdym razie cieszę się, że tu jestem, stoję nad Twoim grobem, mogę Ci podziękować i nawet z tego, że poryczałam się jak bóbr. Żegnaj i do zobaczenia, bo z pewnością jeszcze tu wrócę.
Odwróciłąm się i ledwo widząc cokolwiek przez łzy ruszyłam do wyjścia.

Carlota:
Poszłam na cmentarz odwiedzić mojego ojca. Tak, mojego ojca, który nie żyje. Zmarł niedawno z powodu nawrotu choroby nowotworowej. Pieprzony rak! Dalej nie mogę się z tym pogodzić. Bo jak?  Jak można pogodzić się ze śmiercią własnego ojca? I to w tak młodym wieku, miał jeszcze pół życia przed sobą. Mógł jeszcze tyle zrobić… Albo nie robić nic, nieważne, ważne żeby był. Dlaczego on? Dlaczego tak wspaniały człowiek musiał umrzeć? Teraz wszystko się skończyło. Nie wróci na ławkę trenerską, nie poprowadzi mnie do ołtarza, nie zobaczy debiutu Adri w pierwszej drużynie, nie pozna moich dzieci… Łzy znowu napłynęły mi do oczu. Od jego śmierci nie było dnia, w którym bym nie płakała. W końcu doszłam do miejsca Jego spoczynku, ale tam zobaczyłam jakąś zapłakaną dziewczynę, która stałą i coś mówiła, jakby do siebie. Dopiero po chwili, gdy do moich uszu doszły pojedyncze słowa jej monologu zrozumiałam, że „rozmawia” z moim tatą. Musiała go dobrze znać, ale ja widziałam ją pierwszy raz. Jakoś nie rzuciła mi się w oczy też na pogrzebie, ale wtedy było mnóstwo ludzi, a ja w zasadzie na nic nie zwracałam uwagi. Ale teraz mnie dość zaintrygowała, miała coś co przywoływało mi na myśl mojego tatę, ale gdy się jej dokładnie przyjrzałam stwierdziłam, że wcale nie była do Niego jakoś bardzo podobna. No, może trochę. Była szczupła, niska, miała rudawobrązowe włosy i zielone oczy. W mojej głowie zaświtała pewna myśl, bo przecież tuż przed śmiercią tata chciał nam coś jeszcze powiedzieć, lecz nie zdążył… Ale nie, to niedorzeczne, z pewnością to nie może być prawda. Przez ostatnie wydarzenia miałam jakieś takie dziwne pomysły, ale co poradzić bardzo to przeżyłam. Chciałam w sumie do niej podejść, coś powiedzieć, może się zapytać skąd znała mojego ojca, ale trochę obawiałam się jej reakcji i tego, co mogę usłyszeć. Zanim zebrałam się na odwagę dziewczyna odwróciła się i poszła w przeciwnym kierunku. Chyba nawet mnie nie zauważyła. Westchnęłam i poszłam przywitać się z tatą.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej J
Pisałam ten rozdział kilka razy i tak w zasadzie to bardziej go wymęczyłam niż napisałam. Cały czas coś mi w nim nie pasuje, ale już nic nie potrafię z tym zrobić. Względy techniczne tez tu nie pomogły, bo najpierw połowa mi się usunęła, potem coś mi się stało z bloggerem… Mam jednak nadzieję, że nie ma tragedii… Komentarzy też jest mało, ale jakieś są, więc ktoś to jednak czyta J Bardzo ładnie proszę, jak już jesteście to zostawcie coś po sobie, bo to bardzo pomaga, naprawdę. J Mundial trwa, Leo czaruje, Argentyna gra ze Szwajcarią, więc jestem raczej spokojna J Mamy wakacje, trochę smutno, bo żegnałam się z klasą, ale teraz będę mieć dużo czasu, również na pisanie J
PS. Wiem, że w pewnym momencie podkreśla na biało, próbowałam, ale naprawdę nie umiem tego zmienić …

Pozdrawiam :*

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział drugi

Susana:
Dzisiaj lekcje dłużyły mi się niemiłosiernie, ale nareszcie dobiegły końca. Szłam właśnie z Niną do jej domu. Rozmawiałyśmy o naszych codziennych sprawach i dużo się śmiałyśmy, tyle że ja z tyłu głowy cały czas miałam moją historię, którą chciałam jej w końcu dzisiaj opowiedzieć. Ale z tym postanowiłam poczekać aż będziemy same. Moja przyjaciółka mieszkała dość blisko szkoły, więc po kilkunastu minutach byłyśmy już  na miejscu. Rozsiadłyśmy się w ogrodzie i zebrałam się w sobie.
-Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć…- zaczęłam, a potem streściłam jej wydarzenia z tej dość pamiętnej nocy.

Nina:

Słuchałam opowieści Sus z zapartym tchem. Od dawna fascynowały mnie zjawiska paranormalne i nawet sama kilka razy miałam z takowymi do czynienia, ale to co jej się przydarzyło było naprawdę niesamowite. To była dopiero historia! Czy zastanawiałam się, czy to prawda? Może trochę, na początku myślałam, że sobie ze mnie żartuje, bo zawsze się ze mnie wyśmiewała, że wierzę w takie rzeczy, a było to możliwe, gdyż była całkiem niezła aktorką. Jednak znałam ją już bardzo długo i bardzo dobrze, żeby zauważyć jej przejęcie, które z pewnością nie było udawane. W zasadzie mogłam się z nią podroczyć i poudawać, że jej nie wierzę, tak jak ona nie wierzyła mi, gdy opowiadałam jej np. że widziałam jakąś białą postać na strychu, czy słyszałam w nocy kroki, kiedy wszyscy spali. Wiedziałam jednak ile ją, zawsze racjonalnie myślącą i wszystko dokładnie analizującą pod każdym możliwym względem kosztowało przyznanie się do przekonania, że rozmawiała z duchem, szczególnie, że zawsze mówiła, że to straszna głupota. Oj, bardzo nie lubiła przyznawać się do winy. Najzwyczajniej w świecie nie miałam serca się z nią droczyć.
-Więc… co zamierzasz z tym zrobić?- Zapytałam po prostu.
-Wierzysz mi?- Przytaknęłam. –Tak właśnie miałam nadzieję, że kto jak kto, ale ty możesz mi uwierzyć. A ja się zawsze z ciebie śmiałam, przepraszam.
-Hej, nic się nie stało. Nie robiłaś tego, żeby mnie zranić, po prostu byłaś przekonana, że masz rację, jak to zresztą zwykle z tobą bywa.-Uśmiechnęłam się szeroko i po chwili poczułam jak lekko uderza mnie w ramię.
-Ej! To ja ci się tu zwierzam,  przepraszam, a ty się ze mnie śmiejesz? No wiesz co?
-Taki mały rewanż.-Mrugnęłam do niej.
-No hahaha. Zabawne.
-Bardzo. A tak na serio, zamierzasz tam jechać?
-Dużo o tym myślałam i stwierdziłam, że bardzo bym chciała. Nawet jeśli ta cała akcja z Tito Vilanovą nie jest prawdziwa, to przynajmniej zobaczę Barcelonę i odwiedzę ciocię Maite.
-No tak masz rację, kiedy chcesz wyjechać?
-Nie rozmawiałam jeszcze na ten temat z mamą, nie wiem czy w ogóle mnie tam puści. Ale im szybciej tym lepiej. I chciałabym tam zostać już na całe wakacje.- Świetnie, miałyśmy je spędzić razem. Zrobiło mi się smutno, że tak o tym zapomniała. Okej, wierzyłam jej i zdawałam sobie sprawę, że to dość skomplikowana sytuacja, ale czy tak zachowuje się przyjaciółka?- I tak sobie pomyślałam…- kontynuowała- może wybrałabyś się ze mną?
No dobra, przyznaję, trochę za szybko zaczęłam się rzucać. Dobrze, że tylko w myślach. Jej propozycja była świetna, ja też zawsze chciałam zobaczyć Barcelonę. Co prawda, nie z tych powodów co Sus, gdyż nigdy nie interesowała mnie piłka nożna. Nie jej jakoś bardzo nie lubię, ale też mnie nie zachwyca. No ale, come on, Barcelona to Barcelona, nie trzeba być kibicem piłkarskim, żeby mieć z milion powodów by tam pojechać. No więc tak, byłoby wspaniale, ale już widzę jak moi „kochani” rodzice mnie puszczają. Tsa… na pewno. Moja przyjaciółka tego nie rozumiała, bo jej mama jej praktycznie na wszystko pozwalała, a u mnie? Same zakazy i nakazy. Nienawidziłam tej strasznej kontroli. Do jasnej cholery, mam już 16 lat, nie 6! Uspokoiłam się i odpowiedziałam koleżance.
- Wiesz, bardzo bym chciała, ale przecież sama wiesz jak jest, rodzice mnie nie puszczą…
-Dobra, nie mów tu o rodzicach, ja też jeszcze nie wiem, czy pojadę.
-Ale u ciebie jest inaczej.
-Nie przesadzaj, jeszcze mamy czas, żeby to wszystko załatwić.

Susana:
Nadszedł czas na rozmowę z moją mamą. Nie miałam co prawda pewności, czy pozwoli mi jechać, bo przecież jeszcze nie skończył się rok szkolny, ale miałam nadzieję, że jednak nie będzie robić większych problemów. Moja mama nazywała się Ana Martinez Lopez, mieszkałyśmy razem w Saragossie, same, bo ojca nigdy nie miałam, a mama nie wiedziała nawet kto nim był. Nie miałam jej tego jednak za złe, bo w końcu to nie jej wina. Była młoda, pijana i nawet gdyby bardzo chciała nie miała jak go znaleźć, bo w ogóle go nie pamiętała, więc ja też nie próbowałam. Wszystko zdarzyło po tym jak w wypadku zginęli jej rodzice a moi dziadkowie. Przeżywała wtedy załamanie nerwowe, codziennie chodziła do klubów, piła, imprezowała żeby zapomnieć. I tak pewnego dnia zauważyła, że spóźnia jej się okres i okazało się, że mam przyjść na świat. Ale nie było ważne, czy byłam planowana, bo wiem, że byłam chciana. Chociaż miała wtedy dopiero 19 lat, całe życie i karierę przed sobą, w którym dziecko mogło jej przeszkadzać,  to jak mówiła, nawet nie pomyślała, żeby mnie oddać. Jest właśnie taką troskliwą, dobrą osobą. Bardzo ją kocham. Mamy naprawdę świetne relacje, nie jeden może mi pozazdrościć tak wspaniałej mamy. Traktujemy siebie trochę tak po przyjacielsku, zawsze mogę się jej zwierzyć i wiem, że mnie nie potępi, tylko będzie starała się pomóc. A ona może zwierzyć się mi. Mimo takiej swobody nie jestem jakąś rozpieszczoną jedynaczką. Zostałam wspaniale wychowana, może nie przez ciągłe zakazy i surową dyscyplinę, ale dzięki wspaniałemu przykładowi jaki daje mi moja mama. To chyba zdecydowanie lepsze. Staram się być jak ona i wiem, że dzięki temu jestem dobrą osobą. Chociaż z charakteru bardziej przypominam moją ciocię Maite, młodszą o rok siostrę mamy, która w przeciwieństwie do niej jest bardzo żywiołowa, trochę pyskata i czasami roztrzepana. Zanim wyjechała do Barcelony byłyśmy ze sobą bardzo zgrane, wszystkie trzy. W zasadzie dalej jesteśmy, tyle że rzadko się widujemy, dlatego też byłoby świetnie gdybym mogła do niej pojechać, bo naprawdę bardzo się stęskniłam.
Porozmawiałam z mamą o swoich planach i, tak jak się spodziewałam, nie robiła większych problemów. Jako, że miałam dobre oceny i nie musiałam już nic poprawiać pozwoliła mi jechać nawet w tym tygodniu. Nawet nie spodziewałam się aż tak dobrej reakcji. Dzięki mamo! Normalnie cię uwielbiam! Zadzwoniłam do cioci, by poinformować ją, że przyjeżdżam. Ucieszyła się, bo dawno się nie widziałyśmy i stwierdziła, że „już leci mi wszystko szykować”. Trochę się boję. Ale nie mogę się doczekać. JADĘ DO BARCELONY!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------Hej J
Wiem, że w tym rozdziale się nic nie dzieje, więc pewnie jest trochę nudny, ale chciałam jakoś przybliżyć sytuację bohaterki J Dziękuje za komentarze i mam prośbę, żeby każdy kto to czyta coś po sobie zostawił. Rozumiem, że może się nie chcieć, ale jakieś jedno, dwa słowa chyba nie będą wielkim problemem J Jak się nie podoba, to też się nie krępujcie, ja się nie obrażam, a przynajmniej wiem co zmienić J
Dalej nie mogę się pogodzić, że Hiszpania odpadła z mundialu, ale cóż mogę zrobić, żyje się dalej. Teraz trzymam kciuki za Argentynę, która też, delikatnie mówiąc, nie powala, ale jeszcze mogą się poprawić, nie? Mam nadzieję J

Pozdrawiam :*

wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział pierwszy

Susana:
Cóż, przynajmniej duch, który mnie nawiedził ma dobry gust piłkarski. Zawsze coś. Niby marne uspokojenie, ale jako że byłam wierną Cule trochę mnie to zaintrygowało. Wiele słyszałam o różnych opętaniach, ale coś mnie ciągnęło, żeby nawiązać kontakt, który zresztą i tak został już nawiązany i to bynajmniej nie przeze mnie. Miałam jakieś takie naiwne przekonanie, że barcelonista nie mógłby mnie skrzywdzić. Jakoś intuicyjnie postanowiłam odpisać na tej kartce i zapytałam niepokojącą mnie osobę kim jest. Czekałam chwilę, ale nic się nie działo, dopiero gdy zrezygnowana wstałam obracając się tyłem do biurka usłyszałam skrobanie piszącego długopisu. Dopiero gdy dźwięk ustał z mocno bijącym sercem odwróciłam się z powrotem w stronę biurka. To co wtedy zobaczyłam sprawiło, że dosłownie kapcie spadły mi z nóg. Wydawałoby się, że po wcześniejszych wydarzeniach już nic nie powinno mnie zaskoczyć. Ale jednak. To było coś, czego z pewnością się nie spodziewałam. I nie miałam prawa się spodziewać. Na kartce widniał podpis „Tito Vilanova”.
Oczy momentalnie zaszły mi łzami na samą myśl o nim, a kilka z nich spadło na kartkę, na której wcześniej pisaliśmy. To był wielki trener FC Barcelony, wspaniały zastępca Pepa Guardioli i pierwszy trener w sezonie 2012/2013, niesamowity, wielki człowiek, który przegrał walkę z nowotworem ślinianki. W głowie mi się nie mieściło, że ktoś taki do mnie pisał i to jeszcze po swojej śmierci. Spytałam dlaczego do mnie przyszedł. Jeśli coś jeszcze mogło mnie dzisiaj zdziwić, to była to właśnie Jego odpowiedź, w której oznajmił, że chciałby żebym pomogła Jego byłej drużynie wrócić na piłkarski szczyt. Ale, że jak to?! Ja?! Przecież jestem tylko szesnastoletnią dziewczyną, która owszem interesuje się piłką nożną, ale na pewno nie jestem w tej dziedzinie ekspertem. Fakt, Barca ostatnio miała słaby sezon, ale żeby prosić o pomoc mnie? Jest przecież wielu utalentowanych trenerów znających się na prowadzeniu drużyn, ustalaniu taktyk, a ja nie miałam o tym wszystkim pojęcia. Postanowiłam się upewnić, czy to nie pomyłka i na pewno chodzi o mnie, ale uzyskałam  potwierdzenie. Zapytałam więc co mam zrobić i w jaki sposób pomóc. Na to pytanie nie otrzymałam już odpowiedzi.
Minęło już kilka dni od mojej „przygody”, która dalej nie dawała mi spokoju. Nie wiedziałam jak powinnam postąpić i co z tym wszystkim zrobić. To wszystko dalej wydawało mi się tak bardzo nieprawdopodobne. Ciągle nie mogłam uwierzyć w to, co mi się przytrafiło i nie byłam do końca przekonana, że rozmawiałam akurat z Tito. Przecież duchy też mogą kłamać, prawda? I ktoś z jakiś powodów mógł się pod niego podszywać i to niekoniecznie w dobrej wierze… Jednak im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej ciągnęło mnie żeby mu zaufać. Choć dalej nie miałam pojęcia w jaki sposób miałabym pomóc, czy nawet jak się do nich dostać. Ale, jak to mówią raz kozie śmierć. Postanowiłam spróbować. W końcu nic nie tracę. Mogłabym zobaczyć Barcelonę, bo naprawdę zawsze chciałam tam pojechać, a jakoś nie było okazji, mimo że mam tam ciocię, którą mogłabym odwiedzić. Postanowiłam jeszcze porozmawiać o tym wszystkim z moją najlepszą przyjaciółką Niną, która mam nadzieję mi uwierzy, zrozumie i coś doradzi, a potem z mamą odnośnie wyjazdu. Wszystko powinno się jakoś ułożyć.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Udało mi się w końcu napisać pierwszy rozdział. Nie jest on ani długi, ani jakiś wybitny, ale jest J Myślałam, że szybciej mi to zejdzie, ale jeszcze poprawianie ocen, a siedzenie do późna w nocy „bo mundial” też wcale nie pomaga. Dziękuje za wszystkie komentarze pod prologiem, aż mi się cieplej na sercu zrobiło jak je czytałam, bardzo się cieszę, że pomysł przypadł do gustu. Bardzo ładnie proszę o więcej J Miałam coś jeszcze pisać, ale lecę, bo już się zaczął mecz Brazylii z Meksykiem :D

Pozdrawiam :*

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Prolog

Susana:
Siedziałam przy biurku ucząc się fizyki, było już grubo po północy. Czytałam swoje notatki, gdy nagle usłyszałam dźwięk sunącego po blacie długopisu. Szybko podniosłam wzrok i zobaczyłam, jak się przesuwa w moim kierunku i zatrzymuje jakieś 10 cm od poprzedniego położenia. Dosłownie mnie zamurowało. To było niemożliwe! Przecież ręce trzymałam na kolanach! Po za tym, dokładnie widziałam, jak długopis sam się przesuwa. Co prawda byłam już bardzo zmęczona, ale chyba kurde wiem, co widziałam. To było niesamowite, ale tez przerażające! Byłam okropnie wystraszona, zawsze przerażały mnie takie nadnaturalne zjawiska. Może lubiłam o tym słuchać, fascynowało mnie to, ale to co innego, kiedy coś takiego przytrafia się tobie! Normalnie masakra! nogi miałam jak z waty, ale szybko wyszłam z pokoju i poszłam się umyć. Miałam zdecydowanie dość nauki na dzisiaj, a ciepła kąpiel powinna pomóc mi się choć trochę odprężyć.

Gdy wyszłam z łazienki i wróciłam do siebie postanowiłam zaświecić lampkę na biurku i spać przy zaświeconym świetle. Może to trochę dziecinne, ale na serio sikałam ze strachu. podeszłam do biurka, nacisnęłam włącznik i oniemiałam. Na pustej wcześniej kartce widniał dość sporych rozmiarów napis "Visca el Barca".

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cześć :)
Tak jak postanowiłam, tak zaczęłam prowadzić bloga :)
Tu jest taki krótki prolog, ale taki właśnie miał być, postaram się, żeby rozdziały były już dłuższe.
Tak jak możecie zauważyć, jest to coś trochę innego. Przynajmniej ja nigdy nie spotkałam się z tym, żeby ktoś do fanfictiona wplatał duchy, ale też nie szukałam. Nie wiem, może się to wydać trochę kiczowate i sama też się tak zastanawiałam, ale ponieważ osobiście uważam, że duchy to nie jest jakaś bajka dla małych dzieci, tylko istnieją one na prawdę, stwierdziłam, że w zasadzie nie. Np. ta historia z długopisem (oczywiście bez żadnych napisów, bez przesady) przytrafiła się mi, a słyszałam jeszcze ciekawsze historie. To jednak czegoś dowodzi, prawda? No i tak puściłam wodze fantazji i na tej podstawie zaczęłam wymyślać historię. Tak już mam, że moje pomysły rodzą się z jakiś takich błahych rzeczy.

Tak więc chciałabym serdecznie wszystkich zaprosić do czytania mojego bloga, może komuś się spodoba. I jeszcze bardzo Was proszę o komentarze. Takie opinie naprawdę bardzo motywują i też pokazują mi co się podoba, a co nie i wiem co powinnam poprawić. Jest to mój pierwszy blog, więc prosiłaby tez o wyrozumiałość.
Ale się rozpisałam :D
Pozdrawiam :*

Bohaterowie


Hej :)
Chciałam dodać bohaterów nie jako post tylko w takiej zakładce, ale nie obczaiłam, jak to zrobić, więc daje tutaj. W trakcie pisania pewnie jeszcze kogoś wymyślę, ale na razie dałam takich podstawowych, którzy przyszli mi do głowy :)
Pozdrawiam :*


o
                                                              Susana Martinez Lopez, 16 lat
                                                             Adria Vilanova Chaure, 17 lat
                                                             Marc Bartra Aregall, 23 lata
                                                         Carlota Vilanova Chaure, 20 lat
                                                          Nina Fernandes Cano, 16 lat

sobota, 7 czerwca 2014

Hej :)
Postanowiłam założyć bloga, nie wiem dokładnie dlaczego, ale tak jakoś od śmierci Tito Vilanovy chodzi mi taki pomysł po głowie. Początkowo nie byłam przekonana, czy w ogóle warto coś takiego zaczynać i w sumie dalej do końca nie jestem, ale w zasadzie czemu nie spróbować? Może chodzi trochę o to, aby w ten sposób oddać Tito cześć za wszystko co zrobił. Nie jestem tylko przekonana, czy on sam byłby zadowolony, żeby taki umysł ścisły jak ja oddawał mu hołd opowiadaniem, bo równie dobrze może z tego wyjść zwykła katastrofa. :)  Wiem, że od jego śmierci trochę już minęło, ale miałam szkołę, wycieczkę, a potem jeszcze więcej szkoły i tak jakoś wyszło, że dopiero teraz mam troszkę więcej czasu. A taki temat chyba jednak nigdy nie traci na aktualności, nie jest tak, że pamięta się o kimś przez miesiąc, a potem zapomina, pamięta się cały czas. Owszem, teraz emocje już są inne, podchodzę do tego z większym spokojem, ale to chyba nawet lepiej przynajmniej nie będę pisać bzdur, a w każdym razie trochę mniejsze. :) Nie będzie to historia typowo o Tito tylko z nim w tle. Taki jest plan. Na razie mam pomysł na sam początek, a co z tego wyjdzie później, zobaczymy :) W najbliższym czasie chciałabym dodać prolog, także zapraszam. Od razu na wstępie chciałabym prosić o wyrozumiałość, bo jest to mój pierwszy blog, a wszystko, co do tej pory pisałam, to wypracowania na polskim. Mam jednak nadzieję, że nie będzie tragedii i cały ten pomysł nie okaże się klapą :)
Pozdrawiam :)